Opowiadanie Reyzera (Autor: Xardas/Reyzer)
Opowiadanie Reyzera (Autor: Xardas/Reyzer)
Przed wstąpieniem w szeregi Sithów...
Witajcie bracia obiecałem wam moją historie. Dobrze, więc usiądźcie wygodnie. Lecz nie opowiem jej tak jak się wydarzyła, a tak jak ją zapamiętałem.
Moja rodzina wywodzi się z układu Intarion z wielkiej, pełnej życia planety, która została nazwa Android. Mieszka tam rasa ludzka, chodź tak naprawdę nie wiadomo jak dostali się tam piersi ludzie, którzy aktualnie zasiedlają wszechświat, gdyż inteligentny człowiek wyprostowany był już dużo wcześniej na swej matczynej planecie. Jednak nie o tym miałem opowiadać. Moja historia zaczyna się na rok przed mymi narodzinami. Mój ojciec był wielki królem układu Intarion, a stamtąd rządził całą Wschodnią Częścią Galaktyki! Miał na imię Archer, a matka Korey’an. Byli szczęśliwym małżeństwem rządzącym razem i spójnie Intarionem. Było to spokojne królestwo zamknięte przed zewnętrzną galaktyką. W środku układu była dumna stacja Pegasus, z której wspierano militarnie cały region. Po pewnym czasie urodziłem się ja. Było to w roku 488 Ery Wielkich Wojen Mocy. Nadano mi w tedy imię Xardas i naznaczono przydomkiem królewskim Xanermeine. Byłem jedynakiem i kandydatem do tronu. Żyłem, jako dumne dziecko dworu. Często latałem na poblisko planetę czwartą od Intraionu o nazwie Kalipto. Były tam bujnę ogrody botaniczne, w których uczyłem się chodzić mówić i przeżywałem dzieciństwo do piątego roku życia. Skoro jesteśmy przy mym dzieciństwie, muszę opowiedzieć coś o mym układzie i planecie, z której się wywodziłem. Intorion jest dużą czerwoną gwiazdą składającą się z Izotopów Wodoru i Helu oraz ciężko pierwiastków takich jak Nikiel i Żelazo, co powodowało, że była ona w dużym stopni radioaktywna. Wokół niej krąży siedem planet. Pierwszą od gwiazdy planetą jest Kenua. Planeta ta jest jałowa i wypalona przez gwiazdę jej atmosfera nie jest zdatna do życia, a zasoby mineralne znikome. Krąży on tak blisko gwiazdy, że za jakieś tysiąc lat zostanie przez nią pochłonięta. Kolejną planetą była Anuer’a była to potężna gazowa kula nie była ona skalistą planetą, lecz wielkim kłębem gazów, na którym nie można było wylądować a ciśnienie zabijało każdego, kto się do niej zbliżył. W jej wnętrzu był potężny głaz czy też odłamek skalny. Który po odpaleniu gazów mógłby zrujnować cały układ. Ta kula gazów była ogromny zagrożeniem dla wszystkich planet układu. Następną planetą była piękna i bujna roślinności Android. Jej atmosfera była idealna. Planecie sprzyjał również jej ogromny rozmiar. I cztery księżyce ją okrążające, pełne surowców mineralnych. Czwartą z kolei planetą była wcześniej wymieniona już przeze mnie Kalito, piękna planeta lazurowych mórz, złocistych plaż. Pełna gajów, łąk i cudownych lasów. Miejsce odpoczynku. Tutaj Intarion bogacił się na turystyce. Kolejna planeta to masywna Muz gara otoczona trzema pierścieniami. Wokół niej krążyło wiele księżyców niektóre z nich były wielkości planetoid i można było na nich rozwinąć życie, lecz nikt nie chciał naruszać delikatnego ekosystemu naszego układu. Następna byłą sztuczna baza Pegasus. Z potężnym hangarem i flotą gwiezdną chroniącą Android i jej siostrzane planety. Dwie ostatnie planety to Uruku i Koleniem, dwie niebieskie gazowe kule. Rozjaśniające swym błękitem gwiaździste niebo, z bliska wymarłe kule gazów. Intarion zakańcza potężny pas o szerokości 10000 km pełen odłamków, gazów, skał i lodu miedzy gwiezdnego. Na chwilę pozwolę sobie wrócić do samej Android. Dzięki swemu położeniu powstało na niej bujne życie, a promieniowaniu gwiazdy i duszą przodków. Jej serce zamiast rozpalonego jądra jest złożone z czystej energii. Mówi się nawet, że to tam powstała moc, ale to już legendy i baje o Intarionie.
W wieku pięciu lat w roku 493 WWM wydarzyła się ogromna tragedia, która spowodowała, że galaktyka na chwile zatrzymała oddech Sithowie rozpoczęli atak na Wschodnią Galaktykę. Należała ona już do nich wcześniej, lecz było tam pełno buntowników, których chcieli zlikwidować. Intarion był jednym z układów tej wschodniej galaktyki. Byłem w tedy jeszcze bardzo mały, więc nie wiele pamiętam, lecz moje zamglone wspomnienia są pełne bólu, rozpaczy i śmierci. Jednak w tym dziwne było to, że to nie były to postacie z mieczami świetlnymi, ale dziwni najemnicy rozstrzeliwujący wszystkich. Moi rodzice ukryli mnie podczas tego ataku w pałacu. W ich pokoju gdzie usłyszałem dziwną rozmowę, którą pamiętam wyraźnie do dzisiaj:
-Archer, co robimy i co robią tu ci cholerni najemnicy, na dodatek Sith’owie okrążyli nasz układ jak by się bali tych Najemników. Czemu nasza armia ich nie zatrzymała? – krzyczał wijąc się z bólu po postrzale ma matka…
-Nie wiem kochanie, co się dzieje i przepraszam Cię za to… Zakładam, że tu zginiemy… - ojciec mówiąc to pochylił się nad Korey’an i mocno ją uściskał.
-A, co z Xardasem naszym kochanym synem. On też jest skazany na zagładę… - Mówiła już cichym głosem, umierając po postrzale…
-Kochana musze cię tu zostawić a Xardasowi zmienię imię i każe mu się posługiwać przydomkiem by nikt go nie odnalazł, Przekaże go w kapsule Jedi dobrze ukochana...? – mówi płacząc Archer.
- Dobrze królu… - Westchnąwszy umarła…
Taką rozmowę przeprowadzili moi rodzice, kiedy ich ostatni raz widziałem razem… Potem ojciec zabrał mnie gdzieś kazał mi używać imienia Xanermeine. Nie do końca rozumiałem, dlaczego. Po za tym ten przydomek był znany tylko wąskiej grupie ludzi, a wszyscy, co go znali przezywali mnie Xaner czy też jeszcze złośliwej Skaner. Ale ojciec mówił ze to bardzo ważne i że jeśli komuś powiem, że pochodzę z Android to zginę. Potem on wraz z jakimś sługą i mną mieliśmy wsiąść do kapsuły. Ale w ostatniej chwili Archer zginął. Postrzelony przez najemnika w bok. Potem żołnierz zabrał mnie i szybko wystartowaliśmy. Będąc kilka uncji galaktycznych od Android zobaczyłem wybuch Anuer’y i uderzenie jej wnętrza o Android rozsadzając planetę na miliardy kawałków. A z jej wnętrza wydobyła się taka energia. Że gdy wyjrzałem przez okno w statku wydawało mi się, że Cały kosmos drży. Po chwili przerażony począłem płakać nie wiedząc, co się dzieje.
Lecieliśmy kilka dni w końcu dotarliśmy na jakąś dziwną planetę. Wszyscy ludzie tam byli pełni dobroci. Utrzymywali harmonie ducha. Istniała tam rada Jedi, zarządzająca wojownikami dobrej strony mocy, co kol wiek to miało znaczy. Gdyż, jako mały chłopiec nigdy nie słyszałem o Sith i Jedi w taki sposób żeby dowiedzieć się, kim i czym byli, nie miałem zbytnio pojęcia co się wokół mnie dzieje. Zostałem doprowadzony przed rade zwaną Galaktycznymi Strażnikami Pokoju. Zbadali mnie. Robili mi testy. Długo to trwało. I po dosyć burzliwej dyskusji, jakiej udało mi się podsłuchać przez drzwi, że wezmą mnie na swojego ucznia. Zostałem zaprowadzony znów przed radę. A pewien Mistrz Jedi wypowiedział do mnie takie słowa: „Skoro Startus nas opuścił, możemy wziąć ucznia”. Trochę osłupiałem słysząc te słowa. A następnie podszedł do mnie Mistrz Jedi imieniem Kail. I Powiedział że będzie mnie szkolić. Przez kolejne tygodnie uczono mnie medytacji, skupienia, panowania nad emocjami, harmonii ducha i początków walki. Jako pojętny uczeń udało mi się szybko osiągnąć wysoki poziom. Jednak me treningi trwały dalej i dopiero w wieku 14 lat odbyłem swoją pierwszą misję. Lecz mój mistrz wahał się czy mnie na nią wysłać, gdyż dobrze wiedział że nadal jest roztargniony po śmierci rodziców, a mym celem stało się odtworzenie planety Android, na co niech cieli mi pozwolić Jedi za wszelką cenę. W końcu jednak zezwolono mi polecieć. Misja nosiła nazwę dość prymitywną, a byłą nią „Misja w bibliotece” wraz z innymi dwoma młodymi Jedi i mistrzem Kail’em udaliśmy się na to zadanie. Nie pamiętam jak moi dwaj towarzysze mieli na imię, gdyż było to wieki temu. Szybko rozglądnęliśmy się po całej dolnej części akademii zajętej przez Sith. Natknęliśmy się na jednego Akolitę Sithów i szybko rzuciłem się do walki, rozprawiając się z nim. Mistrz pokiwał głową jakby chciał powiedzieć „dobrze”. Następnie udaliśmy się na kolejny drugi poziom akademii. To tam na jego końcu była dumna skarbnica wiedzy Jedi. Wiedząc o tym ile wiedzy i rozumu tam było ukrytego możliwie szybko udałem się tam zabijając po drodze kolejnych dwóch Sith. Dotarłem do biblioteki. Zaraz za mną weszło mych dwóch towarzyszy i mistrz Kail. Na schodach stało po prawej i lewej dwóch Darthów, a na środku jakiś Sith pusząc się jak paw groził, że nas zabije. Jednak po krótkiej i burzliwej dyskusji doszło do walki, a sithowie polegli. Mistrz Kail wziął ze sobą to, co musiał. Ja podszedłem do jednego z komputerów i pobrałem dane o Android. Następnie udaliśmy się do jakieś ciemnej Sali wypełnionej posągami i tam przyznano mi rangę Padawana. A następnie wróciliśmy do akademii.
Dwa lata później dalej szkoliłem się w akademii Jedi miałem już 16 lat, ale nie poleciałem od tamtej pory na żadną misję. Zaczynało mnie to doprowadzać do szału. Jedi przestali mnie szanować tylko, ze względu na to, że chciałem odtworzyć Android. Zbuntowałem się. Wsiadłem do jednego ze statków na dziedzińcu. Wpisałem koordynaty na najbliższą planetę, w której nie mają żadnej władzy Jedi. I już miałem odlecieć, ale zauważył mnie inny Padawan i mnie zaatakował w między czasie zwołując alarm. Udało mi się odskoczyć i wypchnąć go, ale zniszczył on mój miecz. Przekląłem go, ale wiedziałem, że bez miecza mogę się obejść, a drugiej takiej szansy do ucieczki nie będzie. Uruchomiłem najszybszą prędkości i odleciałem byle dalej od Jedi.
Dotarłem do komunistycznego państwa Kureny’in znajdującego się na początkowym od strony centrum galaktyki odnóżu. Było ono pod władzą Imperatora Sithów. Ale mimo to mieszkańcy tego kraju raczej nie brali sobie tej władzy na poważnie, a tylko wyzyskiwali swe ziemie i walczyli między sobą o władzę. Po zaznajomieniu z tym regionem było już za późno na ucieczkę z niego. Co więcej nienawidzono tam Jedi, a za każdego trupa mającego związek z jasna strona sowicie płacono. Więc musiałem znowu zmienić imię by mnie nie rozpoznano. Poleciałem do prowincjonalnego układu Nassona i zamieszkałem na planecie Zerrichantie. Była to pustynna planeta przesiana gdzie niegdzie oazami i rzekami. Tylko w kilku miejscach można było na niej żyć. Jej atmosfera była słaba i przerzedzona. Było na niej trochę tlenu, co umożliwiało w ogóle życie na zewnątrz. Planeta byłą bardzo aktywna wulkanicznie wszędzie można było zobaczyć rowy z wydobywającą się magmą. I dymiące jaskinie. Większość jej mieszkańców jednak mieszkała pod ziemią, gdzie tworzono sztuczną lasy i ogrody ze zwierzyną i roślinnością. A wokół nich małe miasteczka. I ja właśnie dotarłem do takiego miejsca. Nazywało się Ossem. Było ono pod zupełną kontrolą Kureny’in. W związku z tym szybko dotarłem do jakiegoś urzędu. Ale tu zaczął się problem, gdyż nie znali oni ani języka Androidzkiego, ani nawet Ogólno Galaktycznego Języka Federacji Mocy. Ludzie używali tam tylko Kureny’skiego i Nassońskiego. Byłem załamany, poszedłem na lądowisko i usiadłem pod moim statkiem, którym wcześniej uciekłem z akademii. Nie wiedziałem, co począć. Spróbowałem się przejść miastem by znaleźć kogoś, kto mógłby mi posłużyć za tłumacza. Było już jednak dosyć późno, a ulice były opustoszałe. Nagle spojrzałem po domach i lokalach wszyscy gwałtownie wyłączali światła, a osoby, które wracał aktualnie z pracy biegły, co sił do domów. Nie miałem pojęcia, o co chodzi… W ten zauważyłem przechadzającą się ulicami komunistyczną policję. Schowałem się za jakimś budynkiem. Patrząc, co oni robią. Nagle zauważyli jakiegoś chłopaka w wieku 15 lat, który biegł do domu. Postrzelili go i krzyczeli: „Szfela, Szfela 20 Unta. Kahta!” Potem za ciągli go pod ścianę, a następnie mocno bili i kopali. Widząc to nie mogłem się powstrzymać by mu pomóc, ale straciłem swój miecz. Wziąłem jakiś metalowy pręt, który leżał mi pod nogami i pobiegłem w ich kierunku. Jeden z policjantów obrócił się i próbował mnie postrzelić, lecz dzięki naukom Jedi udało mi się uniknąć pocisków i szybko uderzyć go w głowę. Następnego z całej siły kopałem w brzuch. Kolejnego obróciłem i szybkim oraz gwałtownym ruchem skręciłem mu kark. Podniosłem chłopaka zaszczepiłem mu bactę, którą miałem przy sobie i kazałem mu uciekać do domu. Nie wiedziałem czy mnie rozumie. Ale był on w takim szoku, że na pewno niczego innego by nie zrobił. Szybko skierowałem swoje kroki ku lądowisko by móc odpocząć na mym statku. Kiedy nagle zobaczyłem wybuch. Te świnie rozpiepszyły mój statek. Byłem teraz zdany tylko na siebie. Oglądałem się za siebie i udało mi się zobaczyć jak ten chłopak, które przed chwila uratowałem wszedł do swojego domu. Pewnym szybkim krokiem udałem się tam. Zapukałem do drzwi. A w nich pojawił się wysoki brunet z długa brodą przepasany jakąś dziwną togą. Zobaczywszy mnie przeraził się bardzo i próbował mnie wypchnąć na ulicę i zamknąć drzwi, kiedy do drzwi podszedł ten piętnastolatek mówiąc coś do ojca po Nassońsku. Mężczyzna zmierzył wzrokiem chłopaka potem spojrzał na mnie i wciągnął mnie do domu zauważywszy nadchodzącą kolejną grupę policyjną. Próbowałem się przywitać zasugerować jakiś gest, lecz niczego nie rozumiałem, jak i oni nie wiedzieli, o co mi chodzi. Mężyczyzna, który mnie powitał zachowywał się jak Ojciec i nim właśnie się okazał. Zaczął kogoś wołać. Nagle u wejścia do kolejnego pokoju mieszkania pojawiła się cudowna kobieta. Była to wysoka szczupła blondynka. O niebieskich oczach, niczym szmaragdy. Miała cudowne zgrabne nogi. I piękne piersi. Na sam jej widok oniemiałem. I nie mogłem wyksztusić z siebie ani słowa. Podszedła do mnie i zaczęła do mnie mówić, świetnie zapamiętałem jej słowa. Najpierw powiedziała „Kughern Shiegene vu ande?”, potem „Ilone tutmane noysa?”, i wreszcie w języku, który rozumiałem… „To może, chociaż mówisz w międzygalaktycznym??” Jednak nie mogłem odpowiedzieć, gdyż widząc to kobietę nie mogłem wyksztusić ani słowa. Nagle powiedziała coś do swego Ojca, kiedy zebrał się na odwagę i postanowiłem się w końcu odezwać:
-E… Nazywam się Xanermeine… - mówiłem próbując wyksztusić z siebie jakieś słowo.
-Czyli jednak znasz język międzygalaktyczny. – uśmiechła się widząc, że łaskiawie postanowiłem coś powiedzieć.
-Tak… Przepraszam, ale twoja uroda znaczy się… E… To, co się wydarzyło… Eh… Pogubiłem się… -nie widziałem, co powiedzieć…
-Hm… Czyżbyś próbował mnie poderwać… Heh… Po pierwsze nie lecę na pierwszego lepszego palanta, a po drugie nie chce ryzykować życia umawiając się z Jedi. – mówiąc to wzruszyła ramionami jakby mnie ignorowała…
-Przepraszam, nie chciałem Cię urazić. Jednak pozwolę sobie dodać, że jesteś równię inteligentna, co piękna… - skinąłem głowę – I skąd wiesz, że jestem Jedi…?
-Dziękuję za ten komplement. A co do tego, że jesteś Jedi… To wystarczy spojrzeć na twój ubiór. I zakładam, że za twą głowę już są wysokie nagrody…
-Dobre mi pocieszenie… Mógłbym u was przenocować? – zapytałem nieśmiale.
Następnie obróciła się ona w kierunku swego ojca i zaczęła z nim rozmawiać. Po chwili oznajmiła mi, że mogę tu na razie zostać za to, co zrobiłem dla jej brata Barta, ale przed tym ubiorą mnie jak tutejszego i poduczą języka. I mam sobie załatwić papiery by nie sprowadzić na nich kłopotu. Zgodziłem się na te warunki i tak stałem się członkiem ich rodziny. Ojciec rodziny miał na imię Passo, matka Hisha, syn Bart, a córka, Karyen.
Po kilku dniach mieszkania u tej Nassońskiej rodziny nauczyłem się ich języka. Zdobyłem dokumenty. Uznawałem też kulturę tego układu, co pozwoliło mi nie wyróżniać się z tłumu. Dowiedziałem się również, dlaczego pobili Barta. Było to spowodowane tym, że w tym komunistycznym państwie od godziny 20 wieczorem do 8 rano jest czas GODZINY POLICYJNEJ. I kiedy w tym okresie nie jest się w domu i zostanie się złapanym przez policję to można nawet zginąć. Było to ważne ostrzeżenie zważywszy na to, że byłem teraz mocno poszukiwany na Zerrichantie. Przybrałem nowe imię, była to dla mnie trudna decyzja, więc porozmawiałem o niej z Passo. Ten mnie pobłogosławił i nadał mi imię Reyzer. A następnie skierował do mnie takie słowa: „Jedi już nie będziesz synu, ale wkrótce staniesz się ważny naszej Galaktyce. Nie zapomnij wtedy o naszej biednej rodzinie”, powiedział mu, że nie zapomnę… Nadałem sobie to imię w urzędzie i pojawiło się na moich dokumentach. Był to już rok 506 WWM. Wtedy też tak naprawdę Karyen zaczęła odwzajemniać moje uczucie. Nie opisywał tego, co się między nami działo, gdyż to me prywatne doznanie, ale zdradzę wam, że nasz związek z dumą podjął jej ojciec, a już rok później pojawiła się nasza kochana córeczka Karolin. Była słodziutkim dzieckiem. Bardzo ją kochaliśmy, a w kojonym roku urodziły nam się dwa bliźniacy. Dash i Ejnar, również kochane dzieci. I wtedy zaczął się horror. Gdyż Kureny’in zaczął narzucać coraz to większe ograniczenia na obywateli. Zaostrzył godzinę policyjną. Przejście z jednej dzielnicy miasta do drugiej było zabronione, nawet w najmniejszych miastach. W tedy rozpoczął się również bunt przeciwko armii komunistycznej. Musiałem przyłączyć się do walki. W każdym mieście pojawili się ludzie przeciwko władzy Aruhen’a który rządził tym cholernym krajem. Na każdej planecie dzień w dzień ginęły miliony istot, a i również między planetami. Na Zerrichantie było tak samo. Z Bronia w ręku w raz z towarzyszami przechodziłem między zwalonymi budynkami. Spalonymi dzielnicami. Trupów na ulicach był cały zasyp, część z nich zaczęła się rozkładać ścigając epidemie na miasto. A na dodatek właśnie na planecie na której mieszkałem odkryto złoża mineralne to też wysłano tutaj czołgi, działa bojowe, statki wojskowe. Dzień w dzień wybuchały bomby miny. Walki były coraz bardziej zaciekłe. Na pustyniach planety powstały obozy wojskowe. Kilka razy w ciągu dnia w układzie, Nassona wybuchały rakiety protonoeutronowe. Osłabiając wszystkie żywe istoty. Śmierć była coraz częstsza. Dzień w dzień przed walką Karyen błagała mnie, żebym nie walczył, a ja obiecywałem jej, że wrócę i nic mi nie będzie. Jednak nie wiedziałem, że może grozić coś mojej rodzinie. Po kolejnych walkach, kiedy wróciłem do domu zobaczyłem zabitego Passo i Hishe… A Karyen i dzieci nie było. Załamałem się. Szybko zebrałem oddział do ataku i udaliśmy się na pobliski posterunek. Po krótkiej walce i wybuchających grantach w powietrzu. Znaleźliśmy tam moja rodzinę i odbiliśmy ja. Lecz zatrzymał nas odział armii ludowej. Po czym rozstrzelali mych pobrateńców oraz mą ukochaną. Na mnie zabrakło pocisków… Chyba miałem więcej szczęścia niż rozumu… Odebrano mi dzieci. Żołnierze śmiali się, że zrobią z nich dobrych obywateli i oddadzą jakiejś komunistycznej rodzinie. A mnie za ciągli na jakąś pustynie i pobili tam niemal, że na śmierć. Po czym zostawili na pastwę losu… Kiedy się ocknąłem i zorientowałem o tym, co się stało zacząłem płakać i nie chciałem już wstać straciłem zupełnie wszystko. Piasek muskany przez wiatr powoli zasypywał moje ciało, a ja leżałem czekając na śmierć. Nagle podjechał do mnie jakiś kupiec na jeszcze dziwniejszym stworzeniu opatrzył mi rany i zabrał do swojej gospody, gdzie mnie nakarmił. A potem kazał zasnąć. Nazajutrz rano strasznie nie chciało mi się wstać, kiedy to nagle obudził mnie dziwny blask i gruby mroczny głos. Ściągnąłem z siebie kołdrę i zobaczywszy dziwną mroczną postać stanąłem jak wryty. Postać mówiła do mnie: „Reyzerze jesteś mi coś winien… Dzięki mej ingerencji żyjesz, a twe dzieci nie trafią do komunistycznych rodzin. Jednak twej żony już nie udało mi się uratować…”
-Kim jesteś? –odparłem przerażony… - i czego ode mnie chcesz?!
-Hmm… Przystąpisz, do Sith… - mówił serdecznym głosem.
-Do Sith, heh… Do tych plugawych niepatrzących na życie istot władających galaktyką?! – mówiąc to miałem w głosie cos mówiącego nie, jakbym chciał się sprzeciwić przyłączeniu do Sith…
-A ty, co robiłeś podczas tej wojny… Mogłeś uciec uratować dzieci rodzinę zamiast walczyć. Państwo już się tak dobrze nie chroniło na pewno dałbyś radę zwiać z stąd… -zaczął drwić ze mnie.
-Chyba masz rację… Jedi już nie zostanę, tutaj zostać nie mogę, bo zginę jedynym wyjściem jest zostać Sithem… -mówiąc to moje oczy robiły się krwisto czerwone…
-Więc, na co czekasz Androidzki dzieciaku… Wyzwól emocje i leć zawładnąć galaktyką! – mówiąc to strasznie się uniósł.
-Dobrze… Podaj mi koordynaty akademii Sithów, a bezzwłocznie się tam udam… I jeszcze jedno, czym mam lecieć?
-Statek stoi przed Gospodą. A tu masz koordynaty… -podał mi dyskietkę…
-Ruszam w drogę… - mówiłem to pełen goryczy i wściekłości niczym prawdziwy Sith…
-Dobrze, pamiętaj jednak dwie rzeczy… TO MI SŁUŻYSZ! I NIE KAŻDY SITH MUSI BYĆ W PEŁNI ZŁY… SĄ TAK ZWANI DOBRZY SITHOWIE… - mówił to z taką agresywnością, której nie da się opisać. Do czym znikł w potężnym blasku.
Jest rok 509 WWM. Ja Reyzer wsiadłem do statku wyjąłem ze schowka miecz świetlny. Umieściłem go za pazuchom. Ustawiłem koordynaty na Goontil. Tam miałem spotkać niejakiego mistrza Gligoraxa i rozpocząć swe nauki. Tak zaczyna się moja mroczna ścieżka…
Lecz nie zastałem na podanej planecie Mistrza Gligoraxa, a dowiedziałem się że nie żyje i leży w jakimś grobowcu. Wpadłem w furię. Mroczna moc wtedy przeszyła me ciało. Powodując zupełne zaczerwienie oczu, a pulsująca energia w moim ciele zwodowała mrowienie skóry. Po chwili moje mięśnie zaczęły nagle przybywa na masie, a słabe ciało z czasów Jedi zamieniło się potężnej postury Sitha. Miałem wtedy 21 lat byłem już dorosłym wysokim brunetem o potężnych barach. Odziany w mroczną szatę, która rozwiewana przez wiatr na tle pustyni odsłania całą moc i grozę Reyzera… Powiedziałem w tedy do siebie na głos… Widzisz Reyzer galaktyka Cię wzywa, chyba to że byłeś Jedi było tylko przypadkiem losu… Niech mrok spowije ziemię po której stąpasz… I zacząłem się głośno śmiać…
(Za ewentualne błędy przepraszam, ale informuję że sprawdzałem cały tekst więc nie powinny się nie pojawić żadnych nieczytelnych elementów.)
Witajcie bracia obiecałem wam moją historie. Dobrze, więc usiądźcie wygodnie. Lecz nie opowiem jej tak jak się wydarzyła, a tak jak ją zapamiętałem.
Moja rodzina wywodzi się z układu Intarion z wielkiej, pełnej życia planety, która została nazwa Android. Mieszka tam rasa ludzka, chodź tak naprawdę nie wiadomo jak dostali się tam piersi ludzie, którzy aktualnie zasiedlają wszechświat, gdyż inteligentny człowiek wyprostowany był już dużo wcześniej na swej matczynej planecie. Jednak nie o tym miałem opowiadać. Moja historia zaczyna się na rok przed mymi narodzinami. Mój ojciec był wielki królem układu Intarion, a stamtąd rządził całą Wschodnią Częścią Galaktyki! Miał na imię Archer, a matka Korey’an. Byli szczęśliwym małżeństwem rządzącym razem i spójnie Intarionem. Było to spokojne królestwo zamknięte przed zewnętrzną galaktyką. W środku układu była dumna stacja Pegasus, z której wspierano militarnie cały region. Po pewnym czasie urodziłem się ja. Było to w roku 488 Ery Wielkich Wojen Mocy. Nadano mi w tedy imię Xardas i naznaczono przydomkiem królewskim Xanermeine. Byłem jedynakiem i kandydatem do tronu. Żyłem, jako dumne dziecko dworu. Często latałem na poblisko planetę czwartą od Intraionu o nazwie Kalipto. Były tam bujnę ogrody botaniczne, w których uczyłem się chodzić mówić i przeżywałem dzieciństwo do piątego roku życia. Skoro jesteśmy przy mym dzieciństwie, muszę opowiedzieć coś o mym układzie i planecie, z której się wywodziłem. Intorion jest dużą czerwoną gwiazdą składającą się z Izotopów Wodoru i Helu oraz ciężko pierwiastków takich jak Nikiel i Żelazo, co powodowało, że była ona w dużym stopni radioaktywna. Wokół niej krąży siedem planet. Pierwszą od gwiazdy planetą jest Kenua. Planeta ta jest jałowa i wypalona przez gwiazdę jej atmosfera nie jest zdatna do życia, a zasoby mineralne znikome. Krąży on tak blisko gwiazdy, że za jakieś tysiąc lat zostanie przez nią pochłonięta. Kolejną planetą była Anuer’a była to potężna gazowa kula nie była ona skalistą planetą, lecz wielkim kłębem gazów, na którym nie można było wylądować a ciśnienie zabijało każdego, kto się do niej zbliżył. W jej wnętrzu był potężny głaz czy też odłamek skalny. Który po odpaleniu gazów mógłby zrujnować cały układ. Ta kula gazów była ogromny zagrożeniem dla wszystkich planet układu. Następną planetą była piękna i bujna roślinności Android. Jej atmosfera była idealna. Planecie sprzyjał również jej ogromny rozmiar. I cztery księżyce ją okrążające, pełne surowców mineralnych. Czwartą z kolei planetą była wcześniej wymieniona już przeze mnie Kalito, piękna planeta lazurowych mórz, złocistych plaż. Pełna gajów, łąk i cudownych lasów. Miejsce odpoczynku. Tutaj Intarion bogacił się na turystyce. Kolejna planeta to masywna Muz gara otoczona trzema pierścieniami. Wokół niej krążyło wiele księżyców niektóre z nich były wielkości planetoid i można było na nich rozwinąć życie, lecz nikt nie chciał naruszać delikatnego ekosystemu naszego układu. Następna byłą sztuczna baza Pegasus. Z potężnym hangarem i flotą gwiezdną chroniącą Android i jej siostrzane planety. Dwie ostatnie planety to Uruku i Koleniem, dwie niebieskie gazowe kule. Rozjaśniające swym błękitem gwiaździste niebo, z bliska wymarłe kule gazów. Intarion zakańcza potężny pas o szerokości 10000 km pełen odłamków, gazów, skał i lodu miedzy gwiezdnego. Na chwilę pozwolę sobie wrócić do samej Android. Dzięki swemu położeniu powstało na niej bujne życie, a promieniowaniu gwiazdy i duszą przodków. Jej serce zamiast rozpalonego jądra jest złożone z czystej energii. Mówi się nawet, że to tam powstała moc, ale to już legendy i baje o Intarionie.
W wieku pięciu lat w roku 493 WWM wydarzyła się ogromna tragedia, która spowodowała, że galaktyka na chwile zatrzymała oddech Sithowie rozpoczęli atak na Wschodnią Galaktykę. Należała ona już do nich wcześniej, lecz było tam pełno buntowników, których chcieli zlikwidować. Intarion był jednym z układów tej wschodniej galaktyki. Byłem w tedy jeszcze bardzo mały, więc nie wiele pamiętam, lecz moje zamglone wspomnienia są pełne bólu, rozpaczy i śmierci. Jednak w tym dziwne było to, że to nie były to postacie z mieczami świetlnymi, ale dziwni najemnicy rozstrzeliwujący wszystkich. Moi rodzice ukryli mnie podczas tego ataku w pałacu. W ich pokoju gdzie usłyszałem dziwną rozmowę, którą pamiętam wyraźnie do dzisiaj:
-Archer, co robimy i co robią tu ci cholerni najemnicy, na dodatek Sith’owie okrążyli nasz układ jak by się bali tych Najemników. Czemu nasza armia ich nie zatrzymała? – krzyczał wijąc się z bólu po postrzale ma matka…
-Nie wiem kochanie, co się dzieje i przepraszam Cię za to… Zakładam, że tu zginiemy… - ojciec mówiąc to pochylił się nad Korey’an i mocno ją uściskał.
-A, co z Xardasem naszym kochanym synem. On też jest skazany na zagładę… - Mówiła już cichym głosem, umierając po postrzale…
-Kochana musze cię tu zostawić a Xardasowi zmienię imię i każe mu się posługiwać przydomkiem by nikt go nie odnalazł, Przekaże go w kapsule Jedi dobrze ukochana...? – mówi płacząc Archer.
- Dobrze królu… - Westchnąwszy umarła…
Taką rozmowę przeprowadzili moi rodzice, kiedy ich ostatni raz widziałem razem… Potem ojciec zabrał mnie gdzieś kazał mi używać imienia Xanermeine. Nie do końca rozumiałem, dlaczego. Po za tym ten przydomek był znany tylko wąskiej grupie ludzi, a wszyscy, co go znali przezywali mnie Xaner czy też jeszcze złośliwej Skaner. Ale ojciec mówił ze to bardzo ważne i że jeśli komuś powiem, że pochodzę z Android to zginę. Potem on wraz z jakimś sługą i mną mieliśmy wsiąść do kapsuły. Ale w ostatniej chwili Archer zginął. Postrzelony przez najemnika w bok. Potem żołnierz zabrał mnie i szybko wystartowaliśmy. Będąc kilka uncji galaktycznych od Android zobaczyłem wybuch Anuer’y i uderzenie jej wnętrza o Android rozsadzając planetę na miliardy kawałków. A z jej wnętrza wydobyła się taka energia. Że gdy wyjrzałem przez okno w statku wydawało mi się, że Cały kosmos drży. Po chwili przerażony począłem płakać nie wiedząc, co się dzieje.
Lecieliśmy kilka dni w końcu dotarliśmy na jakąś dziwną planetę. Wszyscy ludzie tam byli pełni dobroci. Utrzymywali harmonie ducha. Istniała tam rada Jedi, zarządzająca wojownikami dobrej strony mocy, co kol wiek to miało znaczy. Gdyż, jako mały chłopiec nigdy nie słyszałem o Sith i Jedi w taki sposób żeby dowiedzieć się, kim i czym byli, nie miałem zbytnio pojęcia co się wokół mnie dzieje. Zostałem doprowadzony przed rade zwaną Galaktycznymi Strażnikami Pokoju. Zbadali mnie. Robili mi testy. Długo to trwało. I po dosyć burzliwej dyskusji, jakiej udało mi się podsłuchać przez drzwi, że wezmą mnie na swojego ucznia. Zostałem zaprowadzony znów przed radę. A pewien Mistrz Jedi wypowiedział do mnie takie słowa: „Skoro Startus nas opuścił, możemy wziąć ucznia”. Trochę osłupiałem słysząc te słowa. A następnie podszedł do mnie Mistrz Jedi imieniem Kail. I Powiedział że będzie mnie szkolić. Przez kolejne tygodnie uczono mnie medytacji, skupienia, panowania nad emocjami, harmonii ducha i początków walki. Jako pojętny uczeń udało mi się szybko osiągnąć wysoki poziom. Jednak me treningi trwały dalej i dopiero w wieku 14 lat odbyłem swoją pierwszą misję. Lecz mój mistrz wahał się czy mnie na nią wysłać, gdyż dobrze wiedział że nadal jest roztargniony po śmierci rodziców, a mym celem stało się odtworzenie planety Android, na co niech cieli mi pozwolić Jedi za wszelką cenę. W końcu jednak zezwolono mi polecieć. Misja nosiła nazwę dość prymitywną, a byłą nią „Misja w bibliotece” wraz z innymi dwoma młodymi Jedi i mistrzem Kail’em udaliśmy się na to zadanie. Nie pamiętam jak moi dwaj towarzysze mieli na imię, gdyż było to wieki temu. Szybko rozglądnęliśmy się po całej dolnej części akademii zajętej przez Sith. Natknęliśmy się na jednego Akolitę Sithów i szybko rzuciłem się do walki, rozprawiając się z nim. Mistrz pokiwał głową jakby chciał powiedzieć „dobrze”. Następnie udaliśmy się na kolejny drugi poziom akademii. To tam na jego końcu była dumna skarbnica wiedzy Jedi. Wiedząc o tym ile wiedzy i rozumu tam było ukrytego możliwie szybko udałem się tam zabijając po drodze kolejnych dwóch Sith. Dotarłem do biblioteki. Zaraz za mną weszło mych dwóch towarzyszy i mistrz Kail. Na schodach stało po prawej i lewej dwóch Darthów, a na środku jakiś Sith pusząc się jak paw groził, że nas zabije. Jednak po krótkiej i burzliwej dyskusji doszło do walki, a sithowie polegli. Mistrz Kail wziął ze sobą to, co musiał. Ja podszedłem do jednego z komputerów i pobrałem dane o Android. Następnie udaliśmy się do jakieś ciemnej Sali wypełnionej posągami i tam przyznano mi rangę Padawana. A następnie wróciliśmy do akademii.
Dwa lata później dalej szkoliłem się w akademii Jedi miałem już 16 lat, ale nie poleciałem od tamtej pory na żadną misję. Zaczynało mnie to doprowadzać do szału. Jedi przestali mnie szanować tylko, ze względu na to, że chciałem odtworzyć Android. Zbuntowałem się. Wsiadłem do jednego ze statków na dziedzińcu. Wpisałem koordynaty na najbliższą planetę, w której nie mają żadnej władzy Jedi. I już miałem odlecieć, ale zauważył mnie inny Padawan i mnie zaatakował w między czasie zwołując alarm. Udało mi się odskoczyć i wypchnąć go, ale zniszczył on mój miecz. Przekląłem go, ale wiedziałem, że bez miecza mogę się obejść, a drugiej takiej szansy do ucieczki nie będzie. Uruchomiłem najszybszą prędkości i odleciałem byle dalej od Jedi.
Dotarłem do komunistycznego państwa Kureny’in znajdującego się na początkowym od strony centrum galaktyki odnóżu. Było ono pod władzą Imperatora Sithów. Ale mimo to mieszkańcy tego kraju raczej nie brali sobie tej władzy na poważnie, a tylko wyzyskiwali swe ziemie i walczyli między sobą o władzę. Po zaznajomieniu z tym regionem było już za późno na ucieczkę z niego. Co więcej nienawidzono tam Jedi, a za każdego trupa mającego związek z jasna strona sowicie płacono. Więc musiałem znowu zmienić imię by mnie nie rozpoznano. Poleciałem do prowincjonalnego układu Nassona i zamieszkałem na planecie Zerrichantie. Była to pustynna planeta przesiana gdzie niegdzie oazami i rzekami. Tylko w kilku miejscach można było na niej żyć. Jej atmosfera była słaba i przerzedzona. Było na niej trochę tlenu, co umożliwiało w ogóle życie na zewnątrz. Planeta byłą bardzo aktywna wulkanicznie wszędzie można było zobaczyć rowy z wydobywającą się magmą. I dymiące jaskinie. Większość jej mieszkańców jednak mieszkała pod ziemią, gdzie tworzono sztuczną lasy i ogrody ze zwierzyną i roślinnością. A wokół nich małe miasteczka. I ja właśnie dotarłem do takiego miejsca. Nazywało się Ossem. Było ono pod zupełną kontrolą Kureny’in. W związku z tym szybko dotarłem do jakiegoś urzędu. Ale tu zaczął się problem, gdyż nie znali oni ani języka Androidzkiego, ani nawet Ogólno Galaktycznego Języka Federacji Mocy. Ludzie używali tam tylko Kureny’skiego i Nassońskiego. Byłem załamany, poszedłem na lądowisko i usiadłem pod moim statkiem, którym wcześniej uciekłem z akademii. Nie wiedziałem, co począć. Spróbowałem się przejść miastem by znaleźć kogoś, kto mógłby mi posłużyć za tłumacza. Było już jednak dosyć późno, a ulice były opustoszałe. Nagle spojrzałem po domach i lokalach wszyscy gwałtownie wyłączali światła, a osoby, które wracał aktualnie z pracy biegły, co sił do domów. Nie miałem pojęcia, o co chodzi… W ten zauważyłem przechadzającą się ulicami komunistyczną policję. Schowałem się za jakimś budynkiem. Patrząc, co oni robią. Nagle zauważyli jakiegoś chłopaka w wieku 15 lat, który biegł do domu. Postrzelili go i krzyczeli: „Szfela, Szfela 20 Unta. Kahta!” Potem za ciągli go pod ścianę, a następnie mocno bili i kopali. Widząc to nie mogłem się powstrzymać by mu pomóc, ale straciłem swój miecz. Wziąłem jakiś metalowy pręt, który leżał mi pod nogami i pobiegłem w ich kierunku. Jeden z policjantów obrócił się i próbował mnie postrzelić, lecz dzięki naukom Jedi udało mi się uniknąć pocisków i szybko uderzyć go w głowę. Następnego z całej siły kopałem w brzuch. Kolejnego obróciłem i szybkim oraz gwałtownym ruchem skręciłem mu kark. Podniosłem chłopaka zaszczepiłem mu bactę, którą miałem przy sobie i kazałem mu uciekać do domu. Nie wiedziałem czy mnie rozumie. Ale był on w takim szoku, że na pewno niczego innego by nie zrobił. Szybko skierowałem swoje kroki ku lądowisko by móc odpocząć na mym statku. Kiedy nagle zobaczyłem wybuch. Te świnie rozpiepszyły mój statek. Byłem teraz zdany tylko na siebie. Oglądałem się za siebie i udało mi się zobaczyć jak ten chłopak, które przed chwila uratowałem wszedł do swojego domu. Pewnym szybkim krokiem udałem się tam. Zapukałem do drzwi. A w nich pojawił się wysoki brunet z długa brodą przepasany jakąś dziwną togą. Zobaczywszy mnie przeraził się bardzo i próbował mnie wypchnąć na ulicę i zamknąć drzwi, kiedy do drzwi podszedł ten piętnastolatek mówiąc coś do ojca po Nassońsku. Mężczyzna zmierzył wzrokiem chłopaka potem spojrzał na mnie i wciągnął mnie do domu zauważywszy nadchodzącą kolejną grupę policyjną. Próbowałem się przywitać zasugerować jakiś gest, lecz niczego nie rozumiałem, jak i oni nie wiedzieli, o co mi chodzi. Mężyczyzna, który mnie powitał zachowywał się jak Ojciec i nim właśnie się okazał. Zaczął kogoś wołać. Nagle u wejścia do kolejnego pokoju mieszkania pojawiła się cudowna kobieta. Była to wysoka szczupła blondynka. O niebieskich oczach, niczym szmaragdy. Miała cudowne zgrabne nogi. I piękne piersi. Na sam jej widok oniemiałem. I nie mogłem wyksztusić z siebie ani słowa. Podszedła do mnie i zaczęła do mnie mówić, świetnie zapamiętałem jej słowa. Najpierw powiedziała „Kughern Shiegene vu ande?”, potem „Ilone tutmane noysa?”, i wreszcie w języku, który rozumiałem… „To może, chociaż mówisz w międzygalaktycznym??” Jednak nie mogłem odpowiedzieć, gdyż widząc to kobietę nie mogłem wyksztusić ani słowa. Nagle powiedziała coś do swego Ojca, kiedy zebrał się na odwagę i postanowiłem się w końcu odezwać:
-E… Nazywam się Xanermeine… - mówiłem próbując wyksztusić z siebie jakieś słowo.
-Czyli jednak znasz język międzygalaktyczny. – uśmiechła się widząc, że łaskiawie postanowiłem coś powiedzieć.
-Tak… Przepraszam, ale twoja uroda znaczy się… E… To, co się wydarzyło… Eh… Pogubiłem się… -nie widziałem, co powiedzieć…
-Hm… Czyżbyś próbował mnie poderwać… Heh… Po pierwsze nie lecę na pierwszego lepszego palanta, a po drugie nie chce ryzykować życia umawiając się z Jedi. – mówiąc to wzruszyła ramionami jakby mnie ignorowała…
-Przepraszam, nie chciałem Cię urazić. Jednak pozwolę sobie dodać, że jesteś równię inteligentna, co piękna… - skinąłem głowę – I skąd wiesz, że jestem Jedi…?
-Dziękuję za ten komplement. A co do tego, że jesteś Jedi… To wystarczy spojrzeć na twój ubiór. I zakładam, że za twą głowę już są wysokie nagrody…
-Dobre mi pocieszenie… Mógłbym u was przenocować? – zapytałem nieśmiale.
Następnie obróciła się ona w kierunku swego ojca i zaczęła z nim rozmawiać. Po chwili oznajmiła mi, że mogę tu na razie zostać za to, co zrobiłem dla jej brata Barta, ale przed tym ubiorą mnie jak tutejszego i poduczą języka. I mam sobie załatwić papiery by nie sprowadzić na nich kłopotu. Zgodziłem się na te warunki i tak stałem się członkiem ich rodziny. Ojciec rodziny miał na imię Passo, matka Hisha, syn Bart, a córka, Karyen.
Po kilku dniach mieszkania u tej Nassońskiej rodziny nauczyłem się ich języka. Zdobyłem dokumenty. Uznawałem też kulturę tego układu, co pozwoliło mi nie wyróżniać się z tłumu. Dowiedziałem się również, dlaczego pobili Barta. Było to spowodowane tym, że w tym komunistycznym państwie od godziny 20 wieczorem do 8 rano jest czas GODZINY POLICYJNEJ. I kiedy w tym okresie nie jest się w domu i zostanie się złapanym przez policję to można nawet zginąć. Było to ważne ostrzeżenie zważywszy na to, że byłem teraz mocno poszukiwany na Zerrichantie. Przybrałem nowe imię, była to dla mnie trudna decyzja, więc porozmawiałem o niej z Passo. Ten mnie pobłogosławił i nadał mi imię Reyzer. A następnie skierował do mnie takie słowa: „Jedi już nie będziesz synu, ale wkrótce staniesz się ważny naszej Galaktyce. Nie zapomnij wtedy o naszej biednej rodzinie”, powiedział mu, że nie zapomnę… Nadałem sobie to imię w urzędzie i pojawiło się na moich dokumentach. Był to już rok 506 WWM. Wtedy też tak naprawdę Karyen zaczęła odwzajemniać moje uczucie. Nie opisywał tego, co się między nami działo, gdyż to me prywatne doznanie, ale zdradzę wam, że nasz związek z dumą podjął jej ojciec, a już rok później pojawiła się nasza kochana córeczka Karolin. Była słodziutkim dzieckiem. Bardzo ją kochaliśmy, a w kojonym roku urodziły nam się dwa bliźniacy. Dash i Ejnar, również kochane dzieci. I wtedy zaczął się horror. Gdyż Kureny’in zaczął narzucać coraz to większe ograniczenia na obywateli. Zaostrzył godzinę policyjną. Przejście z jednej dzielnicy miasta do drugiej było zabronione, nawet w najmniejszych miastach. W tedy rozpoczął się również bunt przeciwko armii komunistycznej. Musiałem przyłączyć się do walki. W każdym mieście pojawili się ludzie przeciwko władzy Aruhen’a który rządził tym cholernym krajem. Na każdej planecie dzień w dzień ginęły miliony istot, a i również między planetami. Na Zerrichantie było tak samo. Z Bronia w ręku w raz z towarzyszami przechodziłem między zwalonymi budynkami. Spalonymi dzielnicami. Trupów na ulicach był cały zasyp, część z nich zaczęła się rozkładać ścigając epidemie na miasto. A na dodatek właśnie na planecie na której mieszkałem odkryto złoża mineralne to też wysłano tutaj czołgi, działa bojowe, statki wojskowe. Dzień w dzień wybuchały bomby miny. Walki były coraz bardziej zaciekłe. Na pustyniach planety powstały obozy wojskowe. Kilka razy w ciągu dnia w układzie, Nassona wybuchały rakiety protonoeutronowe. Osłabiając wszystkie żywe istoty. Śmierć była coraz częstsza. Dzień w dzień przed walką Karyen błagała mnie, żebym nie walczył, a ja obiecywałem jej, że wrócę i nic mi nie będzie. Jednak nie wiedziałem, że może grozić coś mojej rodzinie. Po kolejnych walkach, kiedy wróciłem do domu zobaczyłem zabitego Passo i Hishe… A Karyen i dzieci nie było. Załamałem się. Szybko zebrałem oddział do ataku i udaliśmy się na pobliski posterunek. Po krótkiej walce i wybuchających grantach w powietrzu. Znaleźliśmy tam moja rodzinę i odbiliśmy ja. Lecz zatrzymał nas odział armii ludowej. Po czym rozstrzelali mych pobrateńców oraz mą ukochaną. Na mnie zabrakło pocisków… Chyba miałem więcej szczęścia niż rozumu… Odebrano mi dzieci. Żołnierze śmiali się, że zrobią z nich dobrych obywateli i oddadzą jakiejś komunistycznej rodzinie. A mnie za ciągli na jakąś pustynie i pobili tam niemal, że na śmierć. Po czym zostawili na pastwę losu… Kiedy się ocknąłem i zorientowałem o tym, co się stało zacząłem płakać i nie chciałem już wstać straciłem zupełnie wszystko. Piasek muskany przez wiatr powoli zasypywał moje ciało, a ja leżałem czekając na śmierć. Nagle podjechał do mnie jakiś kupiec na jeszcze dziwniejszym stworzeniu opatrzył mi rany i zabrał do swojej gospody, gdzie mnie nakarmił. A potem kazał zasnąć. Nazajutrz rano strasznie nie chciało mi się wstać, kiedy to nagle obudził mnie dziwny blask i gruby mroczny głos. Ściągnąłem z siebie kołdrę i zobaczywszy dziwną mroczną postać stanąłem jak wryty. Postać mówiła do mnie: „Reyzerze jesteś mi coś winien… Dzięki mej ingerencji żyjesz, a twe dzieci nie trafią do komunistycznych rodzin. Jednak twej żony już nie udało mi się uratować…”
-Kim jesteś? –odparłem przerażony… - i czego ode mnie chcesz?!
-Hmm… Przystąpisz, do Sith… - mówił serdecznym głosem.
-Do Sith, heh… Do tych plugawych niepatrzących na życie istot władających galaktyką?! – mówiąc to miałem w głosie cos mówiącego nie, jakbym chciał się sprzeciwić przyłączeniu do Sith…
-A ty, co robiłeś podczas tej wojny… Mogłeś uciec uratować dzieci rodzinę zamiast walczyć. Państwo już się tak dobrze nie chroniło na pewno dałbyś radę zwiać z stąd… -zaczął drwić ze mnie.
-Chyba masz rację… Jedi już nie zostanę, tutaj zostać nie mogę, bo zginę jedynym wyjściem jest zostać Sithem… -mówiąc to moje oczy robiły się krwisto czerwone…
-Więc, na co czekasz Androidzki dzieciaku… Wyzwól emocje i leć zawładnąć galaktyką! – mówiąc to strasznie się uniósł.
-Dobrze… Podaj mi koordynaty akademii Sithów, a bezzwłocznie się tam udam… I jeszcze jedno, czym mam lecieć?
-Statek stoi przed Gospodą. A tu masz koordynaty… -podał mi dyskietkę…
-Ruszam w drogę… - mówiłem to pełen goryczy i wściekłości niczym prawdziwy Sith…
-Dobrze, pamiętaj jednak dwie rzeczy… TO MI SŁUŻYSZ! I NIE KAŻDY SITH MUSI BYĆ W PEŁNI ZŁY… SĄ TAK ZWANI DOBRZY SITHOWIE… - mówił to z taką agresywnością, której nie da się opisać. Do czym znikł w potężnym blasku.
Jest rok 509 WWM. Ja Reyzer wsiadłem do statku wyjąłem ze schowka miecz świetlny. Umieściłem go za pazuchom. Ustawiłem koordynaty na Goontil. Tam miałem spotkać niejakiego mistrza Gligoraxa i rozpocząć swe nauki. Tak zaczyna się moja mroczna ścieżka…
Lecz nie zastałem na podanej planecie Mistrza Gligoraxa, a dowiedziałem się że nie żyje i leży w jakimś grobowcu. Wpadłem w furię. Mroczna moc wtedy przeszyła me ciało. Powodując zupełne zaczerwienie oczu, a pulsująca energia w moim ciele zwodowała mrowienie skóry. Po chwili moje mięśnie zaczęły nagle przybywa na masie, a słabe ciało z czasów Jedi zamieniło się potężnej postury Sitha. Miałem wtedy 21 lat byłem już dorosłym wysokim brunetem o potężnych barach. Odziany w mroczną szatę, która rozwiewana przez wiatr na tle pustyni odsłania całą moc i grozę Reyzera… Powiedziałem w tedy do siebie na głos… Widzisz Reyzer galaktyka Cię wzywa, chyba to że byłeś Jedi było tylko przypadkiem losu… Niech mrok spowije ziemię po której stąpasz… I zacząłem się głośno śmiać…
(Za ewentualne błędy przepraszam, ale informuję że sprawdzałem cały tekst więc nie powinny się nie pojawić żadnych nieczytelnych elementów.)











